Warto rozmawiać…

Czwartek 17 lipca 2014

…jak mantrę powtarzał mój dobry kolega podczas niedawnego wyjazdu szkoleniowego. Karol nie chciał rozmawiać, Karol pisał biuletyny…

 

Pierwszy mnie zaskoczył, ale nie sprowokował. Karol rzekomo wywołany do tablicy przez artykuł „Sulęcin - miasto nie dla młodych”, odciął się od mojej krytyki dotyczącej sytuacji gospodarczej w Sulęcinie i obecnie panującego burmistrza. Następnie pod niebiosa wyniósł M. Deptucha, współorganizatora turnieju karate. Nie odpowiedziałem na tę publikację. Może karateką nie jestem, ale wziąłem na klatę zarzut o niewyrażeniu zgody na użycie jego nazwiska. Bardzo mnie jednak zdziwiła forma riposty. Znacznie łatwiej (i taniej!) byłoby zadzwonić do mnie, powiedzieć co jest grane i wtedy bez problemu wszystko byśmy odkręcili na łamach Przekroju.

Kilka dni temu otrzymałem jednak kolejny biuletyn Karola i … nie wytrzymałem. Natknąłem się na kilka stwierdzeń, które jestem zmuszony wyprostować lub skonfrontować.

Po pierwsze, oba biuletyny zasadniczo się od siebie różnią – pomiędzy nimi zaszły zmiany nastrojowe o 360 stopni i nagłe olśnienie porównywalne do wybuchu bomby atomowej. Najważniejsza różnica to wspomniany stosunek do burmistrza M. Deptucha. W pierwszym burmistrz to równy gość, noszący betonowe bloczki, w drugim gmina zarządzana jest beznadziejnie, władza na niczym się zna i martwi się tylko o stołki;

Po drugie, w pierwszym biuletynie Karol napisał iż nie pozwolił na użycie swojego nazwiska w Przekroju. W jego drugim biuletynie pojawiło się moje nazwisko, pomimo, że również nie wyraziłem na to zgody (nie jestem osobą publiczną);

Po trzecie, nigdy nie było i nie ma konfliktu między mną a burmistrzem Michałem Deptuchem. Czasami piszę, co mi się w gminie nie podoba lub co bym zrobił, by było lepiej, ale „spiskowanie” lub „konflikt” to zbyt daleko idące wnioski.

Po czwarte, nie można pisać, że jest się bezstronnym, skoro w pierwszym biuletynie chwali się burmistrza, a w drugim krytykuje.

Zupełnie niespodziewanie w swoim drugim biuletynie Karol zadeklarował, że będzie ubiegał się o „etat” (cytat z biuletynu) burmistrza Sulęcina. Jak na razie to pierwsza osoba, która oficjalnie zapowiedziała start w wyborach o najwyższe stanowisko w gminie. Trudno powiedzieć, czy Karol się nadaje, ponieważ jego dotychczasowy dorobek zawodowy (który zresztą podziwiam) nie ma za wiele wspólnego z obowiązkami burmistrza. Uważam, że same chęci w przypadku tak odpowiedzialnego stanowiska to jednak trochę za mało. Nie mnie jednak oceniać – dużo lepiej zrobią to z pewnością wyborcy. Prośba jednak, żeby następnym razem ostrożniej operować piórem.

Z innej beczki

 

Igrzyska przedwyborcze

 

Znane i popularne zespoły, doskonała scena i nagłośnienie, tysiące bawiących się ludzi, morze piwa, dziesiątki zaangażowanych w przygotowania ludzi, setki przepracowanych urzędniczych godzin i na koniec – 300 tys. zł przeznaczonych z budżetu powiatu i z dotacji.

Tak wyglądało kolejne Święto Powiatu Sulęcińskiego. Grubo… Popatrzmy jednak na to z drugiej strony:

- „no, to pokazaliśmy burmistrzowi, kto robi lepsze imprezy”;

- banery, plakaty, spoty radiowe – reklama przed wyborami za urzędową kasę jak się patrzy;

- energia wielu pracowników starostwa powiatowego zaangażowana w stworzenie chwili ulotnej – zabawy, która odrywa od rzeczywistości, ale ogólnej sytuacji bytowej nie poprawia;

- 300 tys. zł to np. 300 dziewczynek zaszczepionych przeciwko HPV, wirusowi wywołującemu raka szyjki macicy i być może kilka uratowanych istnień przyszłych żon, metek, babć;

- 300 tys. zł to ewentualnie np. kilkaset metrów ścieżki pieszo-rowerowej z Os. Żubrów do Miechowa lub z Sulęcina do Wędrzyna (lub przynajmniej wkład własny do projektu);

- wyłączność na sprzedaż piwa i jedzenia podczas święta powiatu otrzymała firma z Rzepina (jak tłumaczy powiat „ze względów bezpieczeństwa”. Nie wiem, co ma wspólnego sprzedaż hamburgerów i piwa z bezpieczeństwem – tym raczej powinny się zajmować firmy ochraniające imprezę). Starosta chyba jednak zapomniał, że to święto powiatu sulęcińskiego i wypadałoby dać zarobić miejscowym przedsiębiorcom, bo to oni na terenie powiatu płacą podatki i zatrudniają. Przynajmniej można było zrobić sprawiedliwy konkurs ofert, a nie dokonywać odgórnego wyboru.

Jak widać nic nie jest jednoznaczne, a pewne działania mogą mieć charakter tematów zastępczych. Znamy to głównie z Wiejskiej w Warszawie, ale jak widać przyjęło się też dobrze na prowincji…

 

Adam Piotrowski

wykonanie: gardziejewski.pl

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z polityką dotyczącą cookies. Zamknij