Tolkiena nigdy dość
Wtorek 17 lutego 2015
Wygląda na to, że twórca filmowego „Hobbita” Peter Jackson, wzorem trzeciej części „Władcy Pierścieni”, najlepsze zostawił na koniec.
Trzeba przyznać, że Jackson potrafi budować napięcie, a raczej narastającą chęć obejrzenia kolejnej części cyklu. Po premierze pierwszej części („Niezwykła podróż”), wielu, w tym my, narzekało na zbytnie rozciągnięcie w czasie fabuły. Po co - pisano wtedy – dzielić niegrubą przecież książkę na trzy 3-godzinne filmy? – O kasę chodzi – mówili inni. I choć – zwłaszcza ci ostatni - mieli rację, to już kolejna część (Pustkowie Smauga”) zachwycała efektami specjalnymi i nowozelandzkimi plenerami, a i o niepotrzebnym przedłużaniu opowieści jakoś ucichło. Natomiast ostatnia odsłona dosłownie wgniata w fotel. Tak samo zresztą było w przypadku „Władcy Pierścieni”: część pierwsza się podobała, druga przyprawiała o wypieki na twarzy, a po trzeciej, obsypanej 11 Oscarami, nic już nie było takie samo. Toteż w „Bitwie pięciu armii”, podobnie jak w „Powrocie króla”, nie brak spektakularnych scen batalistycznych, a i sama fabuła ponownie zbliżyła się do literackiego pierwowzoru. I wypada tylko żałować, iż reżyser zapowiedział… że do świata Tolkiena już wracać nie zamierza.
Wojciech Obremski





