Przepis na rewolucję
Wtorek 27 stycznia 2015
Gdy dwa lata temu na ekranach kin zagościła pierwsza część trylogii „Igrzyska śmierci”, nie tylko widzowie zacierali ręce. Filmowa seria okazała się spektakularnym i kasowym sukcesem. Dlatego nikogo nie dziwi szum wokół trzeciej części sagi – „Kosogłosa”, który przebojem wspiął się na szczyty wszelkich rankingów.
Wszystko wskazuje na to, że twórcy serii już dawno przewidzieli powyższy scenariusz, dzieląc sprytnie adaptację „Kosogłosa” (trzeciego tomu sagi) na dwie części. Podobny zabieg zastosowano już wcześniej kilka razy, przy czym nikt z filmowców nie ukrywał, że zrobiono to przede wszystkim dla kasy. Wystarczy przypomnieć ostatniego „Harrego Pottera” czy jedną z części mdłego „Zmierzchu”.
Dlatego film może trochę rozczarować, zwłaszcza tych, którzy liczyli na kolejną edycję rozpalających wyobraźnię głodowych igrzysk. Bo to one właśnie stały się spiritus movens poprzednich części, a tu, mimo, że krwi nie brakuje, to nie leje się ona tak obficie, jak niegdyś, na wspaniałych arenach. Na szczęście i w „Kosogłosie” nie brak kilku wartkich scen akcji, choć przeważa opinia, że obraz jest dość mocno przegadany. Jednak wygląda na to, iż jest to preludium do czwartej, a zarazem ostatniej części serii, którą obejrzymy za rok. A więc, drodzy fani Katniss Everdeen: jedyne, co Wam zostało, to uzbroić się w cierpliwość: za rok dowiemy się, kto zdobędzie serce głównej bohaterki i czy w ogóle opłacało się robić tę nieszczęsną rewolucję.
Wojciech Obremski





