Prosto z kanapy
Wtorek 23 kwietnia 2013
W minione święta nasza kochana telewizja, jak to przy takich okazjach bywa, po raz kolejny uraczyła nas sporą dawką filmów tych lepszych, tych gorszych i tych, które nie dają się zakwalifikować w żadnej kategorii. Do jakiej z nich należą komedie romantyczne – na to pytanie niech każdy z nas odpowie sobie sam. W świąteczną niedzielę takich produkcji było kilka, więc nie dało się ominąć chociaż jednej (no dobrze, może i by się dało, ale po obfitym, świątecznym śniadaniu naprawdę trudno zwlec się z kanapy, ustawionej naprzeciw telewizora). Tak więc po obejrzeniu takiego filmu ma się wrażenie, że ukuto go według idealnego schematu. Teraz scenarzysta nie musi się wysilać, by jego tekst wpłynął na jakość filmu w jakiś szczególny sposób. Dlaczego? Bo wszystko zrobi to za niego wzór, pod który trzeba tylko podstawić odpowiednich bohaterów. Reszta wygląda tak samo w każdym tego typu obrazie. A więc: mamy bohaterkę (płeć ma tu kolosalne znaczenie), opuszczoną przez wszystkich, a zwłaszcza przez męża, która, lecząc swoją traumę, oddaje się dziwnym czynnościom: rozmawia z doniczkowymi kwiatami, samodzielnie buduje chatę na odludziu lub bije się z myślami na oczach widowni, w czym pomaga jej zazwyczaj zwariowana „psiapsiółka”. Potem na horyzoncie pojawia się On. Przystojny, znający języki, właściciel wielkiego koncernu (to nic, że ma zaledwie dwadzieścia kilka wiosen), który na początku ma za nic wzdychanie głównej bohaterki i kieruje swoje zainteresowanie ku (najczęściej wrednej) koleżance z pracy. Kolejny etap schematu to zejście się naszej parki, a potem, przez tą złą – jej rozbicie. Gdy to ostatnie okazuje się nieporozumieniem, jest już za późno – jedno albo drugie jest już na lotnisku, obrażone na cały świat, podczas, gdy niedawna miłość uzmysławiając sobie swą pomyłkę, gna na złamanie karku przez całe miasto, (a nierzadko przez pół Polski) by w ostatniej chwili dopaść nieszczęśnika tuż przed odlotem do lepszego życia. No a potem, obowiązkowo w strugach deszczu i z rozmazanym makijażem Ona przeprasza, a On przyznaje, że też troszkę dał ciała. Uf… Nie wieszam psów na komediach romantycznych. Ale jeśli ktoś gustuje w tego typu rozrywce, wystarczy, że obejrzy jeden taki film. dajmy na to „Nigdy w życiu”. Wtedy nic nie straci, jeśli odpuści sobie pozostałe. Bo jedyne, co je różni, to aktorzy, grający główne role. Ale i to nie zawsze.
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





