Nie dojrzeli do ministra?
Niedziela 26 maja 2013
Ile razy w ostatnich miesiącach, lub nawet latach Sulęcin odwiedzali ludzie z pierwszych stron gazet? Pomińmy tu rodzime gwiazdy (ostatnio ledwie gwiazdki), które corocznie próbują rozbawić publikę podczas majówki, robiąc to zresztą za niemałą kasę. Chodzi mi o takich , którzy z własnej woli przyjeżdżają do tego niewielkiego przecież miasta, gdzie chętnie spotykają się z jego mieszkańcami. Do takiej grupy należą przede wszystkim politycy. Już słyszę głosy: spotykają się chętnie, bo chodzi im o głosy! Owszem, w wielu przypadkach jest i tak. Ale obecnie, o ile wiem, nie trwa żadna kampania, wyborcza kiełbasa nie piecze się na grillu, a niedoszły gość, który pocałował klamkę do bram miasta, jest na tzw. wylocie. Nie miał więc żadnych osobistych powodów, by pchać się do nas na siłę. A jednak wyraził on chęć na spotkanie z młodzieżą w sulęcińskim ogólniaku. Tej samej szkole, w której tak niedawno o politycznych meandrach opowiadał Stefan Niesiołowski czy Ryszard „wykluczony” Kalisz. Niestety, chęci to nie wszystko, jak przekonał się minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, który zrobił sobie małe tournee po Lubuskiem. Tournee zostało brutalnie przerwane w powiecie sulęcińskim, gdy tutejszy starosta ogłosił, że nie chce ministra w podległej jemu szkole, bo… „ten niedobry pan minister” zabrał mu sąd. Sprawa rozbiła się szerokim w echem w mediach ogólnopolskich. W „Gazecie Lubuskiej” starosta Ejchart bronił się, zwalając wszystko na dyrektora szkoły. Że to niby jego decyzja zatrzasnęła drzwi ogólniaka przed nosem Gowina. I nagle… posłanka Bożena Sławiak, nomen omen teściowa starosty, która sama dzielnie walczyła o utrzymanie sulęcińskiego sądu rejonowego, ogłasza w mediach zupełnie coś innego. Według niej dyrektor zdradził jej, iż postępował wyłącznie według dyrektyw swego pryncypała starosty (swoją drogą nie zazdroszczę teraz szefowi podlegającemu starostwu liceum). W głowie się nie mieści - jeśli starosta lub dyrektor chciał zbojkotować ministra, to są chyba inne sposoby, niż ograniczanie mieszkańcom spotkania z przedstawicielem polskiego rządu? W sieci wrze. - Pachnie to totalitaryzmem, prywatna zemsta starosty nie może uderzać w zwykłych mieszkańców – czytamy na jednym z forów.
Jeśli nawet poszło o ten nieszczęsny sąd, to trzeba było bronić go do końca, a nie szumnie zapowiadać blokady autostrady A2, do której zresztą nigdy nie doszło.
Jarosław Gowin chciał się spotkać z ludźmi młodymi, których nie obchodzą polityczne podziały. Uczniowie tylko by skorzystali na spotkaniu, pojęliby najważniejsze aspekty demokracji, dowiedzieliby się, jak wygląda ministerstwo od kuchni, a nawet (czemu nie?) co minister jada na kolację i jakiej słucha muzyki. Tego wszystkiego się jednak nie dowiedzieli, bo ktoś – nieważne, czy dyrektor Ugrynowicz czy starosta Ejchart (choć wnioski nasuwają się same) odmówił im tej przyjemności. Najwyraźniej, droga młodzieży, według sulęcińskich vipów nie jesteś jeszcze dojrzała do spotkań z ministrami. Mam więc nadzieję, że tę dojrzałość okażesz podczas najbliższych wyborów. Tych samorządowych, rzecz jasna.
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





