Nie bójmy się pająków!
Czwartek 9 sierpnia 2012
„Wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością“ – takie zdanie, choć wcale niegłupie, słyszeliśmy do znudzenia w poprzednich wersjach filmów o przygodach Człowieka – Pająka. Czy był to jednak jedyny powód, że postanowiono nakręcić remake części pierwszej, której premiera odbyła się zaledwie dekadę temu?
Wydawało się, ze nowa wersja historii, którą od lat wałkują w kółko wydawcy komiksów i producenci filmowi, nie zaskoczy nikogo. Bo niby czym? Tak jak poprzednio, na początku mamy kujona, klasową ofiarę, która dzięki przypadkowi zostaje ukąszona przez zmutowanego genetycznie pająka. Co będzie dalej, nie muszę przypominać. Ale niech będzie: niejaki Peter Parker, bo o nim tu mowa, nagle zaczyna łazić po ścianach, nabywa niesamowitego refleksu i siły, a w końcu montuje sobie na nadgarstkach emitery sztucznej, pajęczej sieci, ogłaszając się Spider-manem. Jeszcze nie bohaterem – tym zostanie dopiero wtedy, kiedy zrozumie, że wielka moc… ale o tym było już na początku. Czym więc różni się nasz heros w „Niesamowitym Spider-Manie” od tego wykreowanego niedawno przez Tobbey´go Maguire´a? Przede wszystkim podejściem do swego nowego życia. Nie szuka on zarobku, sławy (choć troszeczkę daje popalić dawnym szkolnym prześladowcom), a Spider-manem nazywa się dopiero w drugiej połowie filmu. Choć misja ratowania niewinnych zaszczepia się w nim od początku, to chęć zemsty na mordercy swego wuja, w przeciwieństwie do poprzedniej wersji, szybko w nim wygasa.
Na solidne brawa zasługuje tu muzyka Jamesa Hornera (to m.in. ten od „Willow´a” i „Titanica”), montaż oraz dialogi między głównym bohaterem, a jego szkolną sympatią. Nie, nie, to nie Mary Jane – twórcy filmu poszli za komiksem i postanowili połączyć naszego robala z niejaką Gwen Stacy, która rozkochała w sobie Petera dużo wcześniej. Czytelnicy wersji komiksowej wiedzą, że jeśli scenarzysta podąży tą drogą w kontynuacji (która niechybnie nas czeka), to ta urocza blondynka nie pożyje zbyt długo. I pewnie dopiero wtedy pojawi się wspomniana, ruda Mary Jane, która naszego pająka pocieszy. Ale pozostańmy na razie przy „jedynce”.
W nowym obrazie nie mogło obyć się bez dyżurnego wroga. Na szczęście obecny przez lata na kartach komiksu „facet w trykocie” narobił ich sobie sporo, toteż filmowcy nie musieli kopiować łotrów z poprzednich trzech obrazów. Dlatego tym razem na scenie pojawia się Jaszczur, czyli genetyczna kombinacja gada z szalonym naukowcem. Kreatura nie za bardzo lubi ludzi, więc Spder-Man bez wahania podnosi rękawiczkę. Czy uda się mu ją utrzymać, podobnie jak Gwen? By poznać odpowiedzi, wybierzmy się na film. Bo naprawdę warto. Trzeba też podkreślić, ze nie trzeba lubić komiksów, by pokochać Spider-Mana. Właśnie takiego Spider-Mana.
Wojciech Obremski





