Na pierwszym ogniu
Wtorek 20 listopada 2012
Jesteśmy pierwsi! Tak, tak, województwo lubuskie zostało pierwsze w kraju. Nie mam tu na myśli żadnych rankingów sportowych, politycznych czy przyrodniczych (choć w tych ostatnich niewątpliwie wiedziemy prym). Tak więc, uzupełniając drugie zdanie, Lubuskie zostało pierwsze w kraju… wyłączone. Ale i tym razem nie musimy się martwić, bo owe wyłączenie nie oznacza wykluczenia poza jakiekolwiek ramy. Wręcz przeciwnie: chodzi o telewizyjny sygnał analogowy, który od 7 listopada zaniknął u nas na dobre, ustępując miejsce nowoczesnemu, cyfrowemu odbiorowi. I mylą się ci, według których owa „rewolucja” przysporzy telewidzom samych kłopotów – zarówno tych finansowych, jak i technicznych. Nie musimy przecież kupować nowego telewizora, a jeśli nawet będziemy zmuszeni wywalić te kilkadziesiąt złotych na dekoder, to perspektywa posiadania kilkunastu (a wkrótce jeszcze większej ilości) kanałów w doskonałej jakości jest chyba tego warta, prawda?
Ale dość już o telewizji, zajmijmy się w tym, co w prasie, a konkretnie w najnowszym „Przekroju”. Jako, że za nami dzień Wszystkich Świętych, postanowiliśmy trochę powspominać. Wybór padł na nieżyjącego od ponad 20 lat długoletniego proboszcza sulęcińskiej parafii ks. Józefa Janickiego, którego niezwykłą historię nasi Czytelnicy poznają dzięki Maciejowi Bardenowi. W tymi numerze pierwszy odcinek, a w następnych kolejne. Zachęcamy do lektury, gdyż historia ks. Józefa mogłaby posłużyć jako niejeden scenariusz filmowy.
Kiedy zamykaliśmy ten numer, do Święta Niepodległości zostało zaledwie kilka dni. Toteż nie wiemy, w jakim tonie przebiegało ono w powiecie sulęcińskim. Za to w latach ubiegłych można było odnieść wrażenie, że niektórzy mylą to święto z 1 lub 17 września (dni te, choć niezmiernie ważne, nawet nie są dniami wolnymi), organizując poważne, często nudne apele, które w żadnym razie nie mają nic wspólnego z świętowaniem. A 11 listopada to przecież święto, w dodatku wesołe, i w ten dzień należy się bawić. Oczywiście z godnością, doceniając wagę tego dnia. Bo czy naprawdę chcemy, by nasze dzieci ziewały podczas obchodów jednego z najważniejszych świąt narodowych? Nie? To nie gańmy ich za to, że nie mogą wystać na długim apelu oraz że dłubią w nosie podczas dziesiątego z rzędu przemówienia, a zorganizujmy im raczej, np. festyn historyczny. Zabawa i nauka w jednym. Wystarczy spojrzeć na amerykański 4 lipca, podczas którego odpala się tony fajerwerków, grilluje w swoich ogródkach i imprezuje się na różnych, przeważnie patriotycznych, festynach.
Jak to wyglądało w naszym regionie w tym roku? Wy, nasi Czytelnicy, już to wiecie, a my… napiszemy o tym za miesiąc.
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





