Jeszcze jedno piętro

Niedziela 14 września 2014

W połowie 1989 r. źródłem moich jedynych informacji jako 10-latka była harcerska gazeta „Świat Młodych”. Niestety, wiadomości te ograniczały się do przedstawienia nudnej relacji z jakiegoś tam obozu harcerskiego na Mazurach czy z wizyty ówczesnego premiera Messnera w takiej a takiej szkole w województwie pilskim (tak, tak, było takie). Po co więc kupowałem tę ukazującą się trzy razy w tygodniu tę młodo partyjną tubę, w dodatku za 15 starych złotych, czyli za tyle, ile kosztował mały lód o smaku poziomkowym w budce za rogiem? Ano, po to: w każdym numerze, na ostatniej stronie zamieszczano jeden odcinek komiksu. Nie były to typowe dla innych rodzimych tytułów bohomazy. Co kilka dni miałem przed sobą kolorowe plansze klasycznych polskich twórców opowieści obrazkowych. Bo któż z nas nie zna przygód Tytusa, Romka i A’Tomka czy Kajka i Kokosza…? Choć ostatnio, o zgrozo, mój przyjaciel nauczyciel, również wychowany na „tytusach”, stwierdził, że jego kilkunastoletni podopieczni nie czytają niczego. Po prostu niczego: ani nie w smak im „Krzyżacy”, ani „Faraon”, a „Kajka i Kokosza”, którzy stanowili niegdyś miłą odskocznię od skostniałych (niektórych) lektur, w ogóle nie ogarniają. Jest za to Internet i najnowsze PlayStation. Żeby uzyskać potwierdzenie mych słów, wystarczy udać się doi pierwszej lepszej biblioteki. To jednak temat na osobny felieton.

Ale ja tu o komiksach, a przecież we wspomnianym roku wydarzyło się przecież dużo więcej (musicie mi wybaczyć, mimo, że teksty w „Świecie Młodych” nie wyprały mi mózgu, to fanem sztuki komiksu jestem do dziś).

Zacznijmy więc od połowy 1989 r., kiedy to z mamą szedłem zagłosować (głosowała rzecz jasna mama) na „tych dobrych”. Tyle wtedy wiedziałem: że byli dobrzy i źli. Aha, pamiętam też , że podobały mi się wszędobylskie (nowość w tych czasach) plakaty wyborcze, które namiętnie z kolegami kolekcjonowaliśmy. No cóż, biję się w piersi: kolekcja powiększała się po uprzednim zerwaniu plakatu z muru. Potem zwycięstwo „tych dobrych”, jeszcze lepszy premier, potem cacy-prezydent… I już żyliśmy w wolnym kraju. Tak mówiła nawet pani w szkole, więc jak tu nie wierzyć? Gdyby tylko szary człowiek wiedział, ile wody musi upłynąć, by tę wolność oprawić w ramki ekonomiczne (wciąż puste półki w sklepach) czy zyskać (naprawdę) pełen szacunek Zachodu… Wciąż coś było nie tak, byliśmy „tymi nowymi”, z którymi można się liczyć tylko w przypadku wspólnego interesu, którego wciąż, jak na złość, brakowało…

Potem szło się wyżej. Choć wyżej nie znaczy szybciej. Za pierwszy stopień można uznać przednówek NATO, czyli mało znaczące „Partnerstwo dla pokoju” Clintona, skierowane dla sojuszników z Europy Wschodniej. Następnie niektóre jej kraje, w tym nasz, weszły w struktury NATO, aż wreszcie nadszedł 1 maja 2004 r., a potem 21 grudnia 2007… Schody idą wciąż w górę i gdy wydawało się, że osiągnęły swój pułap, nagle znalazło się jeszcze jedno piętro.

Dziś, po latach, gdy „prezydentem” Europy został nasz człowiek, przypomina się rok 1978, kiedy to mało znany w hierarchii kościelnej, a jeszcze mniej w politycznej, Polak został tym, który wytyczał nowe trendy w zarówno świeckich, katolickich, aż wreszcie ogólnoświatowych aspektach. Aspekty te zrodziły ruchy, które doprowadziły Europę Wschodnią do wyzwolenia spod sowieckiego buciora. I mimo, że niektórym z oczywistych względów porównanie to wyda się nie na miejscu, to chyba wszyscy zgodzą się z faktem, iż kolejny po Karolu Wojtyle Polak będzie teraz rozdawał karty w Europie. Teraz, dzięki tym działaniom, następny z naszych ma szansę zaistnieć na arenie szeroko międzynarodowej. Dajmy więc mu szansę. Niezależnie od naszych przekonań. Po prostu dajmy.

 

Wojciech Obremski

Redaktor naczelny

wykonanie: gardziejewski.pl

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z polityką dotyczącą cookies. Zamknij