Godzina W: reaktywacja
Środa 16 października 2013
Jak co roku w okresie od sierpnia do października nie milkną dyskusje na temat zasadności zorganizowania 69 lat temu zbrojnego zrywu w stolicy przeciwko niemieckiemu okupantowi. Z roku na rok dyskusje te rozrastają się coraz bardziej, wciąż powstają nowe publikacje, odkrywające nierzadko nowe, sensacyjne fakty dotyczące tych tragicznych dni. Słowo „tragicznych” ma tutaj wymiar podwójny. Bo na razie pewne jest tylko to, że ponad 250 tys. powstańców i cywilnych mieszkańców Warszawy w obronie swojej stolicy oddało to, co miało najcenniejszego. To nie podlega żadnej dyskusji. Największe kontrowersje budzi zaś pytanie, czy dowódcy powstania, wydając rozkaz „do boju” nie skazali mieszkańców miasta na bezsensowną śmierć, samą Warszawę zamieniając przy okazji w morze ruin. Wiadomo: Polak jak to Polak, bywa często w gorącej wodzie kąpany. Szkoda tylko, że tym razem owa nadgorliwość rozbiła się o politykę oraz dziwne przeświadczenie, że „pomoc przyjdzie lada chwilę, zza Wisły”. Cóż, pomoc nie nadeszła, garstka – w porównaniu do sił przeciwnika – na wpół uzbrojonych partyzantów – bo trudno nazwać ich regularnymi żołnierzami – została rozbita w dwa miesiące, mieszkańcy spaleni żywcem lub wypędzeni, a Paryż Północy, jak zwykło nazywać się Warszawę w przedwojennej Europie, zamienił się w kamienną pustynię. Pozostaje niedające się przecenić bohaterstwo ludzi, którzy posłuchawszy swoich dowódców rzucili się w wir walki, stawiając na szalę życie i honor. I mimo, że tak wiele istnień zostało unicestwionych, to honor pozostał. To jedyne pozytywne aspekty sierpniowego zrywu. Dzięki nim godzina W z 1 sierpnia 1944 r. nabrała wymiaru nie tyle historycznego, co wręcz legendarnego. Stała się symbolem do tego stopnia, że dziś, po niespełna 70 latach postanowiły wykorzystać ją i zszargać te same osoby, które (sic!) przez lata czciły powstanie, a ich uczestników, nie wyłączając przywódców, ustawiały na piedestale historii. Doprawdy, smutny to czas, w którym w walce politycznej orężem stają się wartości, które nie tylko są świętością dla większości rodaków, ale do niedawna były wręcz kultywowane przez jedno z większych ugrupowań. Chodzi o ugrupowanie, które w swej niekończącej się kampanii przeciwko innej partii tym razem używa nieśmiertelnej litery W. Niestety, otoczka tych śmiesznych przetasowań sprawia, że litera z plakatu zachęcającego do wzięcia udziału w referendum przeciwko prezydent stolicy nie kojarzy się z bohaterstwem, poświęceniem, ani nawet Warszawą, co było niewątpliwie zamysłem twórców tej niefortunnej kampanii. Przynosi jedynie skojarzenie, że w nowej walce o stolicę na pewno nie będzie tak, jak w 1944 r. Bo oprócz (na szczęście) koktajli Mołotowa, „goliatów” i śmiercionośnych miotaczy ognia zabraknie niewątpliwie jeszcze jednej rzeczy: ludzkiej przyzwoitości i honoru.
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





