Cena upału
Czwartek 19 lipca 2012
Grzmotnęło, błysnęło, zalało i… zaczęły się wakacje. A propos – zaobserwowałem ciekawą prawidłowość: jeszcze kilka lat temu letni, upalny dzień kończył się przyjemnym, ciepłym wieczorem, podczas którego oglądało się zachody słońca i słuchało cykania świerszczy, popijając… no to, co kto woli. A teraz, owszem, upały bywają (często niemiłosierne), ale za każdym razem kończą się piorunami, grzmotami, wichurą, a nawet gradem. Z domów lecą dachy, ulice zamieniają się w potoki, a rano… znowu skwar, duchota i oczekiwanie na kolejną nawałnicę. Dlatego, mimo, że należę do gatunku ciepłolubnych, nabrałem nieco dystansu do słonecznego dnia. Załamuje mnie fakt, że kilka godzin po rozstawieniu i rozpaleniu grilla, kiedy już zacznę wdychać swojski zapach pieczonej karkówy, od zachodu nadchodzą stalowe chmury, które wieszczą nadchodzącą pogodową apokalipsę. Doprawdy, pod tym względem spokojniej jest jesienią. Co z tego, że chłodniej? Przynajmniej z nieba nie lecą lodowe kulki albo dachówki, tylko nieszkodliwy deszcz.
Cóż, zacząłem trochę pesymistycznie, a tu bądź co bądź mamy lato, Euro 2012 wszystkim się podobało (przynajmniej od strony organizacyjnej, być może będzie powtórka za osiem lat), A2 dojedziemy w końcu do stolicy, są wakacje i sezon ogórkowy w pełni. Mam nadzieję, że pogoda się ustabilizuje, a biura podróży przestaną plajtować… Czego sobie i naszym Czytelnikom życzy , optymistycznie patrzący w niebo…
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





